Edyta Gorniak - Find Me

czwartek, 10 lutego 2011

Przekorność ludzkiej natury

Ostatnio oglądając znany amerykański serial pojawiła mi się w głowie pewna myśl. Niby prosta prawda i nic oryginalnego, ale postanowiłem się z Wami nią podzielić.
Główna bohaterka serialu szuka miłości i partnera idealnego, testując po drodze bardzo wielu mężczyzn. Kiedy trafia na tego idealnego i rozum podpowiada jej, że to TEN i że w końcu znalazła, to oczywiście nagle zaczynają pojawiać się problemy. A raczej brak problemów. Główna bohaterka zaczyna szukać dziury w całym i doszukiwać się drugiego dna w „idealnym mężczyźnie”, bo przecież tak idealnie być nie może. W końcu stwierdza, że jednak tęskni do poprzedniego ukochanego, z którym związek bardzo odbiegał od tak długo poszukiwanego przez nią ideału.
Powyższą sytuację można chyba przenieść na każdy aspekt naszego życia. W serialu musiały pojawić się komplikacje, bo gdyby miało być pięknie i idealnie to nie byłoby sensu dalszego kontynuowania tej zabawnej historii. Życie jednak to nie serial i zastanawiam się dlaczego tak często sami je sobie komplikujemy i tak ciężko nam osiągnąć stan długotrwałego zadowolenia? Zawsze przecież musimy na coś narzekać i coś prędzej czy później musi pójść nie tak. Proszę – oto przykłady: jak mamy za dużo pracy w pracy to narzekamy, że jest tak ciężko, jak z kolei jest jej za mało to też źle- bo nudno i nie ma co robić a czas się dłuży wtedy w nieskończoność. Jak mamy dużo na głowie to jesteśmy w pretensjach „że przecież tyle mamy na głowie!!!”, jak mamy mało na głowie to też nie za dobrze , bo nudno się robi i głupie myśli zakradają się do umysłu. Jak telefon dzwoni to źle, bo dzwoni, jak nikt nie dzwoni to zastanawiamy się „czemu do cholery nikt nie dzwoni?”. Jak mało ubrań w szafie to źle – bo nie ma się w co ubrać, jak dużo – to też źle – bo nie wiadomo co na siebie nałożyć (za duży wybór!). Jak jedziemy na urlop to jest cudownie ale czemu na tak krótko? Jak kolor zielony to źle, bo czemu nie niebieski? Jak za ciepłe to źle i za zimne to też nie bardzo. Przykłady możnaby mnożyć w nieskończoność….
Czy taka właśnie jest ludzka natura? Zawsze przekorna? Czy mamy to już na start zaprogramowane? A może to przypadłość tylko części z nas a reszta nie ma takich problemów? Może odpowiedzią na te dylematy byłaby przynajmniej próba znalezienia złotego środka w nas samych? Tego subtelnego stanu równowagi? Mam nadzieje że nie trzeba iść na kurs ZEN, żeby móc to w sobie odnaleźć. Właśnie! Odnaleźć umiejętność cieszenia się chwilą i przechowywania jej w pamięci jak pięknego zdjęcia i przywoływania go w myślach, kiedy jest nam źle. I na odwrót – umiejętność nie przejmowania się i nie utyskiwania na los, kiedy jest on dla nas niekorzystny, bo przecież zawsze można wtedy pamiętać, że fortuna kołem się toczy i wkrótce coś się odmieni na lepsze, bo tak przecież zawsze jest. A po deszczu przychodzi słońce itd… :-) Próba poszukiwania tego co dobre i tego co może cieszyć wtedy, kiedy mamy ochotę narzekać. Szukanie i cieszenie cechami pozytywnymi u naszych najbliższych zamiast przeżywania i wynajdywania przywar. (To się tyczy też szukania cech pozytywnych w nas samych i czegoś za co możemy się lubić a nie nieznosić:-) ) Coś tak jakby zbliżamy się do „Greka Zorby” i „pięknej katastrofy” ale właśnie o to mam na myśli … - zdolność cieszenia się tym co daje los, nie zawodzenia i jęczenia, nie poddawania się złym momentom i dążenia to tego aby nasze życie zmieniać na lepsze. Tego właśnie życzę i Wam i sobie:-)
P.S. Żadne to wielkie odkrycie, za często tylko o tych prostych prawdach zapominamy.



poniedziałek, 7 lutego 2011

Paranormalni.

Zastanawiam się w jakim świecie przyszło nam żyć? Dookoła mnóstwo znajomych i przyjaciół. Wystarczy spojrzeć na portale społecznościowe, każdy z nas ma około trzystu znanych nam twarzy na Naszej Klasie. Po prostu sielanka oraz idylla. Na fejsbuku wypada się trochę oszczędniej z ilością znajomych, tylko formy autoprezentacji są bardziej żenujące. Odziewają one naszych „przyjaciół” w szaty intelektualnych nizin. Cytaty nawet sławnych ludzi, w ustach znajomych wydają się prymitywne. Po co? na co? ten ekshibicjonizm ulicznej prostytutki? Bo taka jest obecnie moda!?! Ja zawsze byłam szczerą do bólu indywidualistką, walczącą o ideały. Na litość Boską, ale o co, albo z czym mam walczyć dziś?

Mam wrażenie, że wszędzie dookoła otaczają mnie ludzie paranormalni. Jakby normalność oraz dobroć wyginęła lub uleciała z dymem nadziei, przemieniając się w pył samozniszczenia, lub też, popłynęła na tratwie rozsądku, po oceanie kłamstwa. Ostatnio miałam kryzys i przez sekundę pomyślałam, że to ja jestem paranormalna! Fakt jestem pozytywnie zakręcona, ale do paranormalności jeszcze mi daleko J Tak przynajmniej twierdzą moi najbliżsi przyjaciele, których wyselekcjonowało samo życie. Zastanawia mnie fakt co się dzieje z tymi ludźmi? Pseudo przyjaciele, pseudo znajomi, pseudo …odeszli w siną dal. A przecież mogłam ucztować na bankiecie ich życia, a mogłam ich rozbawiać i im pomagać. Miałam jeszcze tyle możliwości zaistnienia jako ich druhna, jako matka chrzestna ich nienarodzonego dziecka, mogłam zostać ich mediatorem. Mogłam zawsze liczyć na miano ich najlepszej przyjaciółki, a oni na moje bezwzględne oddanie i lojalność. Dlaczego to nigdy się nie ziściło? Bo miałam odwagę powiedzieć, że białe jest białe, a czarne jest czarne!?! Że nie byłam jak Chrystus i nie nastawiłam setny raz policzka!?! To, że nie oblizałam się po tym jak na mnie splunęli!?! Tak jestem odważna i wszystkim paranormalnym mówię NIE!!! Obudźcie się ze snu na jawie! Nie zarobicie milionów, nie spłodzicie geniuszy, nie pomiatajcie ludźmi, bo to nie jest gorsza rasa niż psy i koty. Nie zrobicie jeszcze wielu innych cudownych rzeczy, bo takie jest to miałkie życie.
Jak rozpoznać paranormalnych? To jest bardzo trudne. Przez wiele lat wysysają z nas pozytywną energię, żywią się nami dla własnych przyjemności. Nie starają się być mili, są raczej mało popularni, więc jesteśmy wypełniaczami ich pustego życia. Potrafią pięknie mówić o wielkich rzeczach, udają oddanie i poświęcenie. Tak naprawdę nie kiwną nawet palcem jeśli jest im to nie na rękę. Są przemądrzali i aroganccy, bratają się z maluczkimi dla poprawienia swojego zachwianego wizerunku. Myślą, że są wielcy. Uwielbiają śmiać się z innych, kochają tanią sensację oraz nie cierpią prozy życia i przeciętności.
Dlaczego paranormalni tak nie lubią przeciętności? Bo uważają się za lepszych niż są w rzeczywistości, oni nie muszą przepraszać, oni nie muszą prosić, oni nic nie muszą. Powinniśmy się cieszyć, że są i powinniśmy delektować się ich obecnością jak miodem. Tylko, że czasami nawet najlepszym smakołykiem można się znudzić i przesłodzić, wtedy można tylko zwymiotować. Trzeba mieć tylko czym, bo po styczności z paranormalnymi jest się wyssanym ze wspólnie spędzonego czasu, z pozytywnej energii, z uczuć oraz przeżyć, ze wszystkiego, więc wybaczcie, ale taka znajomość odbije się tylko lekkim cofnięciem i ponownym jej przełknięciem. Ewentualne niepożądane objawy to wysypka na ciele i niesmak w ustach. Jest to dość nieprzyjemne, ale to i tak lepsze niż usługiwać paranormalnym oraz ucztować do końca życia na bankiecie paranormalności.
P.S. Publikacja została początkowo wstrzymana, przez obawę o możliwość opatrznej nadinterpretacji osób trzecich. Z czystym sumieniem, po konsultacjach, zamieszczam ten post, ponieważ jest on sumą doświadczeń i wypadkową kolei losu. Każdy kto widzi tu siebie, ponosi za to pełną odpowiedzialność.

sobota, 5 lutego 2011

"Usuń ze znajomych"

Od jakiegoś czasu zastanawiam się nad tym, czy świat realny i świat cyber istnieją równolegle obok siebie? A może się wzajemnie przenikają? Może to co dzieje się w świecie cyber ma swe konsekwencje w świecie real ? Czy coś co miało miejsce, trwało i istniało wiele lat może zakończyć się w świecie cyber?

Refleksja ta przyszła mi do głowy, gdy ostatnio na jednym z serwisów społecznościowych patrząc w swój profil, okazało się, że bliska mi (chyba do niedawna niestety) osoba "skasowała mnie ze swoich znajomych". Mówiąc o świecie cyber mam na myśli nie tylko internet ale wszelkie inne urządzenia pozwalające ludziom się komunikować na odległość bez potrzeby bycia razem "tu i teraz".
Zdarzyło się tak kiedyś, że jedni Państwo obrazili innych Państwa. Nie ma co nad tym dywagować – tak się czasem zdarza. Zapadła cisza, minęło trochę czasu i już by się zdawać mogło, że wszystko wróciło do normy a tu nagle okazuje się, że sytuacja wygląda tak:
Obraziłem się...obraziłam się i.... milczymy.

Sprawa dotyczy ludzi, którzy znali się lat wiele, sporo razem przezyli i zapewniali się zawsze o dozgonnej przyjaźni.

Następnie dochodzi do spotkania zwaśnionych stron. Jedna z osób udaje, że tej drugiej w ogóle nie widzi i zupełnie ignoruje jej obecność.
Czy to jest naturalne zachowanie dorosłych ludzi? Prawie trzydziestolatków? Osoby biorące udział w tej dziwnej sytuacji do najgłupszych nie należą  wszystko to się kończy (oczywiście bez słowa zamienionego twarzą w twarz) "wykasowaniem ze znajomych".

I co teraz? Czy to znaczy ze juz nagle mnie nie ma? Ze nie istnieję? A może gdyby istniał magiczny pilocik służący da zamieniania wybranych ludzi w nicość, to w taką nicość ten ktoś by mnie zamienił? Mam zniknąć?

Ludzie kończą związki, zrywają ze sobą za pomocą smsa czy maila. Nie patrzą sobie w twarz tylko naciskają guziczek "wyślij". A moża gdyby telefon dawał nam opcję "wyślij kogos na księzyc" to tez z takiej opcji gotowi bylibyśmy korzystać?
Dlaczego zamiast świata cyber nie potrafimy spojrzeć sobie w oczy i porozmawiać w świecie real? Co jest tego powodem? Strach, niepewność, czy urazona duma???? Czy przekonanie o własnej dumie, wyższości i nieomylności jest powodem tak wielkim aby poświęcić wieloletnią znajomość? A może obawa przed tym, że niewidzialna kryształowa korona spadnie z głowy i rozsypie się po potoczeniu się po podłodze w drobny mak, jeżeli przyjmie się wyciągniętą rękę przyjaciela? Do jasnej Anielki, niech ktoś pomoże mi to zrozumieć, bo może mój umysł jest zbyt malutki aby móc to pojąć….

Na dodatek jeżeli nic z tej kruchej przyjaźni, która uległa uszczerbieniu nie da się naprawić, to chyba lepiej i zdrowiej dla umysłu i psychiki jest komuś wygarnąć prosto w oczy co się czuje, dlaczego to boli i skąd się bierze tak wielkie poczucie skrzywdzenia… a potem można założyć palto, wziąć do ręki parasol i wyjść mając przynajmniej w sercu jasność sytuacji, że to już koniec…. Ale przynajmniej taka jasność wtedy istnieje…

Nie umiem w sobie nosić długo urazy wobec ludzi bliskich. Takie czynniki jak czas, czy intensywność znajomości, a takze wspolnie spedzone chwile są dla mnie czymś, o czym łatwo zapomnieć nie potrafię.

Dlatego nie rozumiem i nię godzę się na to, aby znajomości czy relacje okreslane mianem przyjaźni konczyć za pomocą przycisku "Usuń ze znajomych".