Mężczyźni prawa wyborcze mieli zapewnione od zawsze. Od starożytności po dziś dzień wolno im było więcej a ich lista praw naturalnych wydaje się być powiększona o kilka pozycji. Jak stwierdziła Izabela Jaruga-Nowacka, kobietom praw wyborczych nikt nie podarował. Od początku płeć piękna i uważana za słabszą musiała walczyć o swoje. Sufrażystki wychodziły na ulice, domagając się możliwości głosu. Gdy mężczyźni byli na froncie podczas wojny to kobiety musiały zajmować się domem, dziećmi, gospodarstwem. Musiały opanować wiele umiejętności zarezerwowanych przez mężczyzn dla mężczyzn. Dlaczego więc nie mogły mieć wpływu na kluczowe decyzje dotyczące państwa?
Od praw wyborczych zaczęła się walka o równouprawnienie. Walka która trwa do dzisiaj i często spychana jest na margines. Feminizm, bo tak nazywa się ruch społeczny walczący o równouprawnienie, postrzegany jest jak wymysł znudzonych kobiet, które i tak osiągnęły już wszystko co im się należało. Feministki to dla większości grupa rozwrzeszczanych bab, które pikietują pod siedzibami znienawidzonych mężczyzn. Wszystkie ich działania są bezcelowe a wręcz, można by rzecz zbyt radykalne.
Łatwo jest krytykować coś, czego się nie zna i nie rozumie. Kto wie jakie są postulaty walczących i kto wie że w Polsce jest już siódma fala feminizmu...? Nie jestem zwolenniczką radykalnego feminizmu i tak zgadzam się że żyjemy w wolnym państwie. Demokracja daje każdemu możliwość osiągnięcia tego co chce jeżeli ciężko pracuje i ma w sobie chociaż odrobinę ambicji bez względu na płeć. Żyjemy jednak w społeczeństwie gdzie głęboko zakorzeniona jest kultura patriarchalna i tu jest problem, gdyż nawet kobiety często nie zagłosują na kobiety ponieważ większym zaufaniem darzą panów. To oni od wieków dzierżyli insygnia władzy. Wyższe stanowiska są jakby zarezerwowane dla mężczyzn. Kobiet z wykształceniem wyższym jest więcej, ale po skończeniu studiów znikają one niczym kamfora, ustępując miejsca kolegom.
Od zawsze nurtowała mnie sprawa rozwodów i poglądu kościoła na tę sytuację. Próbowałam dowiedzieć się od księdza prowadzącego zajęcia w liceum jak to możliwe że chociaż mąż bije żonę, ona ma wiernie trwać przy jego boku. Dlaczego kościół ma decydować o szczęściu człowieka lub skazywać mimo wszystko na cierpienie? Bo takie są zasady, reguły? Bo kobieta obiecywała że będzie przy swoim wybranku na dobre i na złe, w chorobie i w cierpieniu? A kto jest z nią w jej cierpieniu? Niestety nie dostałam satysfakcjonującej mnie odpowiedzi. Dopiero jakiś czas temu, trafiłam na artykuł w jednym z czasopism, który opowiadał o zakonnicach, a raczej o kobietach które są zakonnicami. Jedna z sióstr pomagała maltretowanym kobietom i namawiała je do zostawienia ich katów. Zgodnie z nauką Kościoła, powiedziała że trzeba być przy drugiej osobie ale przede wszystkim trzeba ratować siebie, swoje życie i godność…
Łatwo jest krytykować coś, czego się nie zna i nie rozumie. Kto wie jakie są postulaty walczących i kto wie że w Polsce jest już siódma fala feminizmu...? Nie jestem zwolenniczką radykalnego feminizmu i tak zgadzam się że żyjemy w wolnym państwie. Demokracja daje każdemu możliwość osiągnięcia tego co chce jeżeli ciężko pracuje i ma w sobie chociaż odrobinę ambicji bez względu na płeć. Żyjemy jednak w społeczeństwie gdzie głęboko zakorzeniona jest kultura patriarchalna i tu jest problem, gdyż nawet kobiety często nie zagłosują na kobiety ponieważ większym zaufaniem darzą panów. To oni od wieków dzierżyli insygnia władzy. Wyższe stanowiska są jakby zarezerwowane dla mężczyzn. Kobiet z wykształceniem wyższym jest więcej, ale po skończeniu studiów znikają one niczym kamfora, ustępując miejsca kolegom.
Od zawsze nurtowała mnie sprawa rozwodów i poglądu kościoła na tę sytuację. Próbowałam dowiedzieć się od księdza prowadzącego zajęcia w liceum jak to możliwe że chociaż mąż bije żonę, ona ma wiernie trwać przy jego boku. Dlaczego kościół ma decydować o szczęściu człowieka lub skazywać mimo wszystko na cierpienie? Bo takie są zasady, reguły? Bo kobieta obiecywała że będzie przy swoim wybranku na dobre i na złe, w chorobie i w cierpieniu? A kto jest z nią w jej cierpieniu? Niestety nie dostałam satysfakcjonującej mnie odpowiedzi. Dopiero jakiś czas temu, trafiłam na artykuł w jednym z czasopism, który opowiadał o zakonnicach, a raczej o kobietach które są zakonnicami. Jedna z sióstr pomagała maltretowanym kobietom i namawiała je do zostawienia ich katów. Zgodnie z nauką Kościoła, powiedziała że trzeba być przy drugiej osobie ale przede wszystkim trzeba ratować siebie, swoje życie i godność…
Kobieta ma przede wszystkim być kobietą, nikt nie twierdzi że lepiej jak wcieli się w rolę terminatora. Może być delikatna i wrażliwa ale może też chcieć zmian. Zmian które mimo wszystko są potrzebne, a przede wszystkich tych, w mentalności społeczeństwa i sposobie postrzegania kobiety we współczesnym świecie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz